2006 nr 9

2006 nr 9

 

* * *

Posyłam ci gołąbka – niech krąży nad domem

niechaj wszystko co żywe – odrywa od ziemi

niech zdrapie pazurami

siwiznę na skroni

niech twoje stare dzieci

w cierpliwość uzbroi

Niech omiecie skrzydłami – wszystkie strony świata

niech jak wieść rozpalona

nad myślami lata

niech rozdziobie jak ziarno

to co wymodlone

niech wypije źrenice

dawno wypatrzone

 

Posyłam ci gołąbka – może nie doleci

 

 

MAMO, IDZIE COŚ ZŁEGO

 

mamo, idzie coś złego – chociaż nic strasznego

w naszym wewnętrznym piekle

zapewne się stanie

my jak ulewne deszcze

strachem przemoknięci

od wigilijnej gwiazdy

do przyszłych pokoleń

W nas gładkie kontuary

koszule pomięte

wyprasowany pejzaż

i złamana goleń

jak z pędzącego wozu konie wyprzęgnięte

ufność mamy na twarzy

a na ustach pianę

A oni miast uciekać

pchają się do okien

jakby bramy i progów

brakowało w domu

nie ma komu zawierzyć

płakać nie ma komu

postawić ołtarze

Ciepłych dni już nie będzie

obniżenia fali

plaży – pełnej bursztynu

psa – łaty na czatach

Mamo, jeżeli jeszcze coś nam się przydarzy

to układ z Panem Bogiem

posuniętym w latach

 

 

 

 

MAŁE WĘZEŁKI STRACHU

 

Mały węzełek strachu na kiju żebraczym

sygnaturka kościelna

i proszalne dziady

weselna uprząż

plecy – smykiem przeciągnięte

pijane ognie podków

szlabanem podcięte

Pięści w oczy wciśnięte

A w prochowcu Cohen

muślinowymi dłońmi

niecierpliwie błądzi

w spoconych bruzdach twarzy

Pewnie coś się zdarzy

wielkiego

trochę życia

ziarenko zagłady

Małe węzełki strachu

na kiju żebraczym

sygnaturka kościelna

i proszalne dziady

 

 

 

 

 

ZA PRZYJACIÓŁ

Gosi Gołąbek w odpowiedzi

 

Mych przyjaciół pijaków – nie ochraniaj Panie

niech skraplają modlitwy na dno pustej szklanki

jeno kiedy potrzeba

do domu zaprowadź

na próbę cierpliwości

żony i kochanki

Oni uczeni w Piśmie

W monodramie rannym

gdy oszalałe ptaki

wariują na dachu

nie odmierzaj wskazówek

jak życie ocalić

w niecierpliwym teatrze

obłędu i strachu

Kiedy się wychylają

za granicę nieba

spada ostatni owoc

z wiadomości drzewa

Patrz, drabina bez szczebli

w śnie Jakuba znika

anioł macha niezdarnie

ciężkimi skrzydłami

dławi się rzygowiną

niebiańska muzyka

a to co ma być jutro

już dawno za nami

 

Tylko gdy zaczynają

swój ostatni taniec

zerwij im Panie z szyi

śmiertelny różaniec

 

BO KTÓŻ TO JEST POETA…

Gosi Gołąbek – wtórowanie

 

Bo któż to jest poeta – malarz rozebrany

do ostatniego słowa

z farbą na koszuli

zazdrości śpiewu ptakom

gniazd niezdarnie szuka

nad gasnącym ogniskiem

śmiesznie się rozczuli

Tylko on może w nocy

wykrzyczeć milczenie

do szkła  pustego gada

pełnymi zdaniami

zamiast butami

rozpacz myślami wytupie

do drzwi zamkniętych puka

choć jest już za drzwiami

Gdy niemoc go dopada

że można inaczej

że myśl zamiast szybować

waruje przy ziemi

ostatni banknot smutku

na drobne rozmienia

chowa siebie jak portfel

w wewnętrznej kieszeni

Bo któż to jest poeta – co woła, nie pyta

ze słowa ostatniego

i snów rozebrany…

 

Klucz w zamku – co ze strachu

zębami zazgrzyta